dlaczego art, a dlaczego scale?

Niniejsza strona jest poświecona naszym pasiom, tzn zainteresowaniom moim i mojej żony Joanny. Jako, że moja lepsza połowa ma wykształceniu plastyczne, a ja niestety nie dlatego, dla spawiedliwości strona w większej mierze dotyczy moich modelarskich zapędów w doskonaleniu warsztatu
A tak na poważnie to będziemy ją sukcesywnie aktualizować o prace mojej małżonki z zakresu ikonografii, która do łatwych sztuk przecież nie należy:)
 
Mam na imię Krzysiek, urodziłem się...może jednak trochę inaczej..
Zaczęło się wiele wiosen temu,w epoce niebytu materialnego, zerowej siły nabywczej złotego, smutnych czasach zbieractwa śmietnikowego i umów barterowych zawieranych na podwórkach. Właśnie wtedy, pewnego szarego popołudnia, równie nieciekawej rzeczywistości lat 80 ubiegłego wieku, Tata wręczył mi cienkie pudełko z napisem Turbolet L-410 i jakimś przydługim, zagatkowym napisem: Flugzeug-Modellbaukasten.
Jako, że moje ręce nie znały jeszcze pojęcia “delikatnie” lub “precyzyjnie” zlecenie zebrania wszystkich części do kupy przypadło mojemu darczyńcy…w ten prosty sposób złapałem bakcyla modelarstwa, którego nieuleczalne symptomy trwaja po dziś dzień. Modele powstawały jeden za drugim bez jakich kolwiek dokumentacji, archiwalnych zdjęć, wsparcia merytorycznego wydawnictw naukowych, czy specjalistycznych narzędzi i co najważniejsze z pominięciem mojej ingerencji. Wtedy liczyły się tylko 3 istotne kwestie: czy kółka się kręcą, czy ruchome części się ruszają i kiedy w końcu model będzie gotowy.
Pierwsza bryłą, która osobiście zlepiłem była Avia B-35 z KP, a następnie przerobiłem wszystkie modele wspomnianej marki dostępne w pobliskim papierniku. Następnym żródełkiem z którego zacząłem czerpać były Matchboxy, które można było nabyć w składnicy harcerskiej, albo komisie. Pomiędzy tymi ekskluzywnymi markami przewinęły się również rodzime produkcje, jednak ich forma ostateczna przypominała raczej wyjętego z kieszemi napoczętego lizaka w ciepłe lipcowe dni.
 
Na poczatku lat 90 nastapiła długa przerwa i do plastiku wróciłem po wielu latach, uczac się wszystkiego od początku.
 
Lotnictwo w miniaturze, zostało reanimowane w mojej głowie jakieś 5 lat temu.
Wtedy to postanowiłem już więcej nie uciekać od tej przypadłości i poznęcać się na jakimś II wojennym produkcie.
Pierwszą fazą był wypust paru modeli testowych, celem sprawdzenia dostepnych na odrodzonym rynku rodzajów farb, możliwości i technik ich kładzenia, którego efektem miało być stworzenie czysto sklejalnego wyrobu, ładnie pomalowanego, niekoniecznie w zgodzie z historyczną prawdą.
 
W pierwszej kolejności rzuciłem się na lotnicze “legendy”, może troche zbyt łapczywie, ale ciśnienie było wysokie.